Ocena użytkowników:  / 2
SłabyŚwietny 

 


Historia Eugeniusza Piątka


 

 

 -  NA KOMORĘ CZY ZA UCHO  -

 

                          Myśliwi mają zwyczaj nazywania miejsc w łowisku mianem zaistniałych tam wydarzeń bądź też szczególnych okoliczności. Czasem podobną metodą wybierane są określenia dla ambon. Ambona ‘Łosiowa’ w łowisku Dźwirzyno odziedziczyła ksywę od pamiętnego a głośnego wydarzenia ze skłusowanym w jej pobliżu łosiem. Być może nawet z niej strzelonym. Sprawa odnalezienia w jej pobliżu zastrzelonego łosia została skierowana do organów ścigania, lecz ze względu na brak konkretnych dowodów umorzono ją. Przydomek dla ambony jednak pozostał i myśliwym łatwiej podczas umawiania się czy też opowieści precyzyjnie zlokalizować sytuację posługując się określeniem ‘przy Łosiowej ambonie’.

                   Wspominając to myśliwskie zdarzenie miało miejsce dokładnie 5 grudnia i właśnie w rejonie tejże ambony. Zatęskniła moja myśliwska dusza do kniei niczym wilczy zew krwi. Jak za każdym razem tak i teraz analiza i kombinacja, z kierunkami wiatru możliwościami wyjścia zwierza. Decyzja wypadła na ambonę ‘Łosiową’. Już z niej sukcesy myśliwskie odnosiłem. Ustawiona przecież jest w doskonałym miejscu. Można z niej strzelić dzika, lisa, rogacza, kozę. Jak już wcześniej wspomniałem nawet łoś się komuś trafił niechcący.

                 Chodź zasiadłem na niej dość wcześnie, to jednak inni koledzy na ambonach już byli. Zorientowałem się po zaparkowanych samochodach za przepustem. Trochę zmartwiła mnie ich bliska obecność, gdyż nie lubiłę jak kilka ambon obok siebie jest obstawionych. Wiadomo, że w pierwszych minutach na zasiadce raczej nie można się zwierza spodziewać. Szedłem ścieżką a właściwie to groblą między dwoma rowami wzdłuż ściany lasu. Zostawiłem świeży trop. Trudno wobec tego o wyjście szczególnie czarnego zwierza dopóki wiatr chmurki zapachu nie rozniesie.

               Tym razem było inaczej niż mógłbym się spodziewać. Było jeszcze całkiem widno gdy na jednej z ambon padły 2 strzały. Strzelał któryś z moich kolegów siedzących po sąsiedzku. Od momentu mego przybycia i rozpoczęcia zasiadki nie minęło więcej niż pół godziny. Strzały jakby wzmogły moją czujność. Przyłożyłem lornetkę do oczu i rozpocząłem przeglądanie terenu. Może czasem uchodzić strzelany zwierz , bądź też cała wataha może obrać kierunek krzyżujący się z moim sektorem strzału. Tak też się stało. Daleko bo może w odległości ok. 1 kilometra zauważyłem pomykającą pomiędzy niewykoszonymi trawami, szuwarami i chaszczami czarną sylwetkę. Raz widoczna wyraźnie chwilami słabiej bądź wcale. Oczywiście, że rozpoznałem pojedynczego dzika. Emocje jeszcze nie zagrały, taka odległość, i wiatr w jego kierunku po drodze dzieli nas mój jeszcze w miarę świeży trop. Nadzieja jednak jest. Zbliża się coraz bardziej. Wygląda na wyraźnie przepłoszonego. Chwilami biegnie kłusem chwilami zwalnia łapie wiatr, zatrzymuję się kręci raz w kierunku lasu to znów na pole. Odległość zmniejsza się widzę wyraźnie czarną sylwetkę odyńca. Wysoki w kłębie, postawiony chyb. Łeb pokryty srebrzystym nalotem od gwizdu ku ślepiom(świecom). Zawinięty esowaty chwost. Oceniam wagę ‘na oko’ wygląda pokaźnie. Staram się opanować bijące w piersi serce. Podpuszczam go na najbliższą odległość. Szukam wygodnej pozycji strzeleckiej. Trzymam i prowadzę go cały czas w lunecie. Oczekuję teraz tylko korzystnego ustawienia się gdyż idzie cały czas wolnym truchtem w moim kierunku. Nie chcę strzelać na wprost. Na odległości około 150 metrów zbacza w lewo na pola. Odsłania piękne poły komory. Jednak mi zachciewa się strzelić go za ucho. Jest przecież widno. Przez lunetę widzę go bardzo dobrze ponadto jest to dość duży dzik. Lubię takie strzały, bowiem dzik pada wówczas w ogniu i nie trzeba już go szukać.

            Tak też czynię. Mierzę dosłownie na jego gwizd bo jest w ruchu i strzelam. W lunecie widzę jak pada momentalnie. Jeszcze przez chwilę go trzymam na celu. W tym momencie zauważam przez lunetę wyskakującego gdzieś z suchych traw niemalże spod zalegającego dzika wyskakującego lisa. Błyskawiczna decyzja skoro padł dzik strzel jeszcze przecherę rudzielca a będzie pełnia szczęścia. Oddaję strzał do pomykającego lisa. Lis odskakuje w bok i ucieka z zawrotną szybkością. Ale po strzale podnosi się mój dzik. Nie ucieka ale chwiejnym krokiem prawie tyłem do mnie zaczyna się oddalać. Idzie bardzo powoli przez chwilę myślę, że zaraz padnie jednak on się nie zatrzymuje. Nabiera prędkości. Wybieram moment w którym jest najbardziej ustawiony na tzw kulawy sztych. i strzelam. Odległość jednak jest już dość duża. Jestem trochę zdenerwowany. Nie słyszę charakterystycznego chlapnięcia. Dzik też porusza się dalej kryjąc się za łagodnym wzniesieniem. Decyzja jest błyskawiczna. Szybko schodzę z ambony i gonię do oddalonego o około 0,5 kilometra samochodu zaparkowanego przy przepuście. W tym odzieniu w filcach z bronią z oporządzeniem nie idzie to tak łatwo. Trochę się zadyszałem. Zajeżdżam samochodem od drugiej strony pól. Zostawiam auto na drodze i wychodzę szukać mego dzika. Ustawiam się na najwyższym punkcie i lornetką prześwietlam teren. Zaczyna się ściemniać. Jeżeli go teraz nie znajdę może być niedobrze. Ale jest idzie wolnym krokiem daleko na nieużytecznej łące. Kieruje się do części zarośniętej zaschniętymi pokrzywami. Jakby wiedział, że tam będzie niewidoczny. Obserwując go zbliżam się wiatr jest dla mnie korzystny, gdyż od niego wieje do mnie. Chwilami czuję jego odurzającą woń. Jest to okres huczki i chodź normalny zapach dzików jest mi przyjemny ten do takich nie należał. Mój odyniec doszedł do pokrzyw i tam zaległ. Powoli złożony do strzału podchodzę na jak najbliższą odległość i go nie widzę, Dalej trochę się boję się iść. Przecież jestem na gołej łące, jeśli mnie zaszarżuje nie będę miał szans ucieczki. Przez chwilę nie mogę się zdecydować. Czy wrócić się do samochodu po psa. Lecz z psem do uganiającego będzie mi go trudno dostrzelić. W tym momencie mój czarnuch się podnosi, widoczność jest jeszcze znakomita, jeszcze nie jest tak ciemno. Odwraca się siwym gwizdem w moją stronę mierzy Mnie ślepiami co to za zjawa mu się przygląda i przeszkadza mu. Jakby zbierał się do ataku i chodź już włos zaczynał mi się na głowie wznosić reakcja była błyskawiczna. Klęknąłem na kolano i już bez krokiewki przymierzyłem za ucho. Pociągnąłem. Chlapnięcie było wyraźne. Szybko przeładowałem sztucer i złożony obserwuje czy się nie podniesie. Widzę machające w górę i na boki rapety co oznacza, że mój strzał był celny a kaban pisze testament. Chwilę oczekuję aby się upewnić czy jest już po wszystkim. Idę do samochodu po Belę niech się ćwiczy. Robi się ciemno. Gdy z Belą go znajdujemy, okazuję się, że za pierwszym strzałem trafiłem go w sam gwizd rozbijając mu pokaźnych rozmiarów oręż. Z trudem wytaszczyłem go z podmokłej łąki do drogi, samochodem podjechać nie mogłem. Bagatela tylko ok.200-300 m musiałem go ciągnąć a następnie załadowałeć do samochodu. Serce omal nie wyskoczyło z piersi. Ważył bądź co bądź tylko 94 kilo. Szkoda oręża, gdyż byłby kolejnym w kolekcji zdobiącej przedpokój. Długo rozważałem czy darować sobie tak ulubione strzelanie za ucho.

 

 

Eugeniusz Piątek